Postanowiłam, że końcówkę tego roku i początek 2018 poświęcę w całości tematowi planowania i realizacji celów.

W zeszłym tygodniu pisałam Wam o błędach, przez które nie realizujemy swoich celów, w tym tygodniu mam dla Was prawdziwą gratkę: przepytałam 3 kobiety rakiety, aby dowiedzieć się, w jaki sposób podchodzą do planowania i realizowania celów.

Każda z nich jest mi bliska. Każdą lubię nie tylko ze względu na to, co robi biznesowo, lecz także prywatnie. Każdą znam w mniejszym lub większym stopniu, a nasze znajomości wykraczają poza znajomości internetowe i ekran komputera.

Zobaczcie, jak one planują i realizują swoje cele.

Pierwsza kobieta, Joanna Glogaza, jest mi szczególnie bliska.

Początkowo postrzegałam Asię jako „znaną blogerkę”, która prowadzi blog styledigger.com (dzisiaj joannaglogaza.com) oraz jest autorką dwóch książek: „Slow fashion” i „Slow life” (do tej drugiej miałam przyjemność udzielać wywiadu). Później pomagałam Asi co nieco w tworzeniu kursu online „Jak założyć własną markę odzieżową”. Obecnie mamy ze sobą ścisły kontakt, ponieważ mniej więcej co 10 dni rozmawiamy w ramach mastermindu, którego celem jest rozwój naszych biznesów.

Zobaczcie, co Asia ma do powiedzenia na temat realizowania celów.

Asiu, napisałaś dwie książki: „Slow life” i „Slow fashion”. Czyli działasz w nurcie „slow”. Jak w taki nurt wpisują się cele i ich realizacja? Czy stawiasz sobie cele?

Tak, ale z kilkoma warunkami. Po pierwsze, nie wybiegam do przodu dalej niż na pół roku. Pytanie „Gdzie widzi pani siebie za 5 lat” zawsze wydawało mi się dość abstrakcyjne. Bardziej zależy mi na tym, żeby mieć przyjemność z tego, co robię, niż żeby znaleźć się w punkcie X do daty Y. Szybko się nudzę, bardzo lubię usprawniać i upraszczać, dlatego nic mnie tak nie energetyzuje jak nowe projekty. Planuję, ale dużo miejsca zostawiam na szczęśliwy przypadek. Poza tym weryfikuję swoje cele w trakcie: „Czy na pewno dalej chcę to osiągnąć?”, „Czy jest sens wkładać w to tyle czasu?”.

Wyznaczanie celów i ich realizowanie większości osób kojarzy niestety z wyścigiem szczurów, napierniczaniem (jakże modne ostatnio słowo!), zarwanymi nocami i ciągłą pracę. Jak Ty do tego podchodzisz?

Absolutnie nie wyobrażam sobie zarywania nocy. Przez cały okres prowadzenia własnej firmy (a prowadzę ją już cztery lata), zdarzyło mi się to dwa razy: raz na samym początku, gdy wzięłam na siebie zobowiązanie zupełnie nie ze swojej bajki, drugi raz w maju tego roku, gdy niewłaściwie oszacowałam ilość czasu potrzebnego na przygotowanie kursu online „Jak założyć własną markę odzieżową” (a ogłosiłam już datę startu). Więcej nie planuję zarywać nocy i mam nadzieję, że mi się to uda. Muszę być wyspana, żeby sprawnie funkcjonować. Wiem, że jeśli będę wypoczęta, to w 4 godziny zrobię to, co zajęłoby mi 8 godzin, gdybym zarwała noc. Nie po to zakładałam własną firmę, żeby swoje życie zamienić w ciągłą pracę. Absolutnie nie chcę też, żeby firma zdominowała moje życie. Muszę się pilnować, ponieważ jestem typem, który wiecznie coś rozkminia i którego nie opuszcza „biegunka pomysłów”.

Zupełnie mnie nie obchodzi, czy ktoś sobie pomyśli, że jestem leniwa, za mało ambitna i tak dalej. Myślę że wciąż jeszcze nie rozumiemy, że kreatywna praca to nie fabryka z maszynami, a „więcej” nie znaczy „lepiej”. W końcu z jakiegoś powodu kraje skandynawskie konsekwentnie skracają czas pracy.

Jak dbasz o to, żeby liczba realizowanych zadań, projektów i celów nie zaburzała tego podejścia slow? Co robisz, gdy nagle „slow” zamienia się w „fast”?

Mam łatwiej, bo z natury jestem trochę leniem. Ludzie zwykle się śmieją, gdy to mówię, ale naprawdę tak jest – czytałam zresztą nie raz u Michała Szafrańskiego, że miewa podobnie. Jemu też nikt nie wierzy. Wiadomo, że zdarzają się trudniejsze momenty typu „wybuchł kosmos”, ale mnie zawsze pomaga zdanie: „Im bardziej wydaje ci się, że nie masz czasu na przerwę, tym bardziej jej potrzebujesz”. Polecam psa, bo wtedy nie ma wyjścia – przerwy muszą być.

W jaki sposób podchodzisz do wyznaczania sobie celów? Z czego one wynikają? Kiedy je wyznaczasz? Jak często? Czy końcówka roku to dla Ciebie intensywny czas planowania w tym temacie, czy masz już wszystko zaplanowane?

Zwykle pod koniec roku planuję wszystko, co chciałabym zrobić w kolejnym, a następnie to weryfikuję – coś odpuszczam, coś nowego dochodzi. Mam luźny plan roczny, bardziej konkretne plany kwartalne i miesięczne oraz szczegółowe plany tygodniowe. Te cotygodniowe punkty kontrolne pomagają mi trzymać wszystko w ryzach – zwykle łączę je ze spotkaniem z moim mikrozespołem.

Czy zdarzyły się takie okresy, w których nie zrealizowałaś swojego celu? Albo z premedytacją odpuściłaś jakiś cel? Czym to było spowodowane? Jak do tego podchodzisz?

No jasne! Kiedyś wymyśliłam sobie, że chciałabym, aby wartość netto mojego majątku wynosiła 1 mln złotych, zanim skończę trzydziestkę (gdy teraz to czytam, brzmi dosyć głupio, ale wtedy ten milion przed trzydziestką mnie kusił!). Potem odkryłam, że wszystkie te „wielkie momenty” przynoszą o wiele mniej radości i o wiele mniej zmieniają w codziennym życiu, niż mogłoby się wydawać (przynajmniej ja tak mam). Wydanie książki, która wskakuje do topki Empiku? Owszem, cieszyłam się przez pół dnia, jednak znacznie przyjemniej wspominam samo jej pisanie. Niesamowita sprzedaż kursu? No fajnie, fajnie, ale następnego dnia budzę się i czuję dokładnie tak samo jak wcześniej, jestem dokładnie w tej samej codzienności.

Przeanalizowałam 2017 rok. To był rok, w którym sprzedaż kursu okazała się rewelacyjna, kupiłam mieszkanie, moja firma wykazała bardzo duże obroty, odbyłam dość egzotyczną podróż i tak dalej… I doszłam do wniosku, że najwięcej radości dał mi czas spędzony u moich rodziców, kiedy kotka, którą uratowali, miała małe kociaki. Nasz dom zamienił się w koci plac zabaw. I tu disclaimer dla miłośników kotów: kotka jest już wysterylizowana, trafiła do nas w zaawansowanej ciąży, a kociaki znalazły wspaniałe domy.

Kolejny raz doszłam do tego samego wniosku – nie chcę zarzynać się w imię wymyślonych zasad, które zresztą niczego nie zmienią w moim życiu. Wolę zadbać o swoją codzienność, pilnować się z chodzeniem na siłownię, spędzać czas z przyjaciółmi, mieć czas na spontaniczne wyjazdy, mówić: „poczekaj, zaraz będę!”, kiedy zadzwoni koleżanka z prośbą o pomoc w wyborze stroju na imprezę przebieraną, w której motywem przewodnim jest „drób hodowlany” (true story!). Tak chcę wspominać swoją młodość, nie jako wieczne siedzenie przed komputerem i spinanie się, skoro zupełnie nie ma po co się spinać.

Oczywiście gdybym miała długi albo brakowałoby mi na życie, to w pierwszej kolejności starałabym się z tym uporać. Cieszę się, że w młodym wieku osiągnęłam parę sukcesów, bo dzięki temu mogłam się przekonać, co jest dla mnie najważniejsze: nie osiąganie wymyślonych pułapów, lecz fun z tego, co robię, i poczucie, że komuś innemu też się to przydaje. Co wcale nie wyklucza bardzo dobrych zarobków – często wręcz przeciwnie!

W „Twin Peaks” wspaniały agent Dale Cooper mówił: „Harry, I’m going to let you in on a little secret. Every day, once a day, give yourself a present. Don’t plan it. Don’’ wait for it. Just let it happen. It could be a new shirt at the men’s store, a catnap in your office chair, or two cups of good, hot black coffee”. I ja tak właśnie staram się robić – dbać o to, żeby moja przyjemność była wypełniona małymi przyjemnościami, nawet – albo zwłaszcza! – wtedy, gdy mam dużo pracy, zbliża się duży projekt i tak dalej. Po spotkaniu z koleżanką może będę miała mniej czasu na pracę, ale uporam się z nią sprawniej i bez poczucia, że moje wnętrzności są ściśnięte sznurkiem.

Na koniec muszę zapytać o motywację. Dla mnie to taki mityczny temat. Kobiety często wierzą w tę motywację jak w zbawienie, tymczasem ja uważam, że ważniejsza od motywacji jest samodyscyplina. Jak Ty podchodzisz do tego tematu?

Dokładnie tak samo jak Ty. Wierzę, że motywacja wynika z działania, nie odwrotnie. Często nie chce nam się czegoś robić, ale wystarczy, że zaczniemy, a okazuje się, że zadanie nie było takie straszne. Jeśli długofalowo musimy się do czegoś zmuszać, to może warto oddelegować zadanie albo pomyśleć nad jakąś zmianą?

„Motywacja” to sexy słowo, ale prawda jest taka, że nawet dla guru motywacji przychodzi taki moment, że muszą przestać wypisywać płytkie cytaty na plakatach i po prostu wziąć się do roboty. Na dyscyplinie bardziej można polegać niż na motywacji. Nie przypominam sobie, żebym w swojej codziennej pracy zastanawiała się: „Hmm, jak się do tego zmotywować?”. Jeżeli jest coś do zrobienia, to robię to. Jeżeli mi się nie chce, to odpoczywam i wykonuję następnego dnia. A jeżeli nadal mi się nie chce, to zastanawiam się, czy mogę to komuś zlecić albo obejść się bez tego. Gdy odpowiedź brzmi: „Nie”, po prostu siadam i zaczynam działać, nie ma tu żadnej filozofii. A potem robię dla siebie coś naprawdę miłego.

Jaki nowy cel zamierzasz zrealizować w 2018 roku?

W 2018 roku będę kontynuować sporo projektów z 2017. Mam kilka nowości w rękawie, ale nie zdradzę szczegółów, żeby nie nakładać na siebie presji i nie zarywać potem nocy. Właśnie – mam wrażenie, że nikt nie nałoży na nas takiej presji, jaką sami na siebie nakładamy. Równie dobrze możemy przecież spokojnie, krok po kroku realizować swój plan, ale ego to twardy zawodnik, który lubi utrudniać nam życie. Wszystko wydaje się łatwe, ale wcale łatwe nie jest!

Joanna Glogaza – od 2008 roku autorka bloga Style Digger, na którym uczy, jak zorganizować i uprościć swoją szafę i… codzienność. Ma na koncie dwa bestsellerowe poradniki – “Slow Fashion. Modowa rewolucja” i “Slow Life. Zwolnij i zacznij żyć”. Właścicielka Lunaby, marki szyjącej piękną i wygodną bieliznę nocną. Uczy o prowadzeniu własnego biznesu w kursie “Jak założyć własną markę odzieżową?”.


 Marta Hennig

Drugą kobietą rakietą jest Marta Hennig – kobieta, która na swoim blogu codzienniefit.pl tysiące z nas motywuje do tego, aby ruszyć tyłek z kanapy i zmobilizować się do ruchu i zdrowego stylu życia. Przy czym jej nastawienie pokazuje, że nie musi to być katorga, lecz przyjemność.

Marta niezwykle konsekwentnie dąży do realizacji swoich celów – widać, że wszystko ma dobrze przemyślane.

Przeczytajcie, co o celach mówi sama Marta.

Marto, na początek powiedz nam, czy w ogóle wyznaczasz sobie cele. Jeśli tak, to co Ci to daje? Dlaczego to robisz? Czy w czymś Ci to pomaga? Jeśli nie – dlaczego tego nie robisz?

Od zawsze wyznaczam sobie cele – mniejsze i większe. Nie zawsze jednak od razu je zapisuję, przerzucam na papier czy oficjalnie ogłaszam; niektóre trzymam po prostu w głowie. Robię to po to, aby je osiągać. Jeśli konkretnie wiesz, czego chcesz, łatwiej wymyślisz, w jaki sposób możesz to zdobyć. Możesz wtedy zaplanować, co chcesz i co musisz zrobić, żeby prędzej czy później osiągnąć zamierzony efekt. Bez konkretnego celu pozostaje raczej błądzenie po omacku (przynajmniej dla mnie byłoby to coś w stylu: „chciałabym coś tam, ale w sumie nie wiem co”). Zawsze ustalam, co chcę i do kiedy. Na przykład w pierwszej połowie 2018 roku chciałabym wydać książkę. Albo zorganizować trasę treningową. Najpierw ustalam, CO i KIEDY, później określam – JAK. A potem to robię.

Jesteś osobą, która codziennie podnosi z kanapy tysiące polskich kobiet i pokazuje im, że bycie fit nie tylko nie jest trudne, lecz także może być przyjemne. Czy według Ciebie stawianie sobie celów jest istotne w tym procesie? Czy w ogóle jest na to miejsce?

Wyznaczanie celów jest bardzo ważne, ale zależy także od tego, czym motywujemy naszą aktywność fizyczną lub zdrową dietę. Jeśli ktoś chce schudnąć, to konkretny cel staje się kluczowy – pozwoli właściwie się zorganizować i podjąć konkretne działania, których efektem będzie utrata tkanki tłuszczowej. Ładniejsza pupa, więcej mięśni i tak dalej to kolejne konkretne cele. Konkretny cel = konkretny plan. W takich wypadkach wyznaczenie celu jest jednym z pierwszych działań, które powinniśmy podjąć.

Ćwiczymy dla zdrowia jest czymś ogólnym – cel jest równie ważny, ale nie determinuje naszych działań, bo mamy więcej luzu. Ćwiczę dla zdrowia, więc raz pójdę na jogę, innym razem pobiegam; nie potrzebuję konkretnego planu treningowego.

W jaki sposób podchodzisz do wyznaczania sobie celów? Z czego one wynikają? Kiedy je wyznaczasz? Jak często?

Cele biorą się z moich marzeń. Staram się realizować i spełniać zawodowo i życiowo. Aby zamieniać marzenia w coś rzeczywistego, muszę zamienić je na cele. Cele wyznaczam zwykle kilka razy w roku – na początku, jak chyba każdy, następnie w trakcie roku modyfikuję swój plan i dostosowuję do zmieniającej się sytuacji. Czasami osiągam dany cel i przechodzę do kolejnego, a czasami coś nie wychodzi i odpuszczam lub zmieniam strategię.

Czy zdarzyły się takie okresy, w których nie zrealizowałaś swojego celu? Jak do tego podchodzisz?

Bywało, że moje cele nie mogły zostać zrealizowane lub nie udało mi się ich zrealizować. Zazwyczaj na początku się złoszczę, chwilę przeżywam (jeśli jest to wynik działania innych ludzi lub czynników ode mnie niezależnych), ale potem biorę się w garść i albo modyfikuję cel, żeby był osiągalny, albo zmieniam rodzaj podejmowanych działań, bo poprzednie się nie sprawdziły. Czasami też daję sobie spokój. Kilka takich sytuacji nauczyło mnie, że – jak mówi moja mama – nie warto kopać się z koniem.

Na koniec muszę zapytać o motywację. Dla mnie to taki mityczny temat. Kobiety często wierzą w tę motywację jak w zbawienie, tymczasem ja uważam, że ważniejsza od motywacji jest samodyscyplina. Jak Ty podchodzisz do tego tematu?

Również uważam, że samodyscyplina jest ważniejsza niż motywacja, ale często używam słowa „motywacja”, żeby pomóc kobietom uwierzyć, że mogą. Dla niektórych to słowo-zaklęcie. Jeśli przeczytasz jakiekolwiek moje teksty o motywacji, najczęściej zawierają one porady z zakresu organizacji czasu i wypracowania w sobie nawyków lub dyscypliny. To, co nazywamy motywacją, to nic innego jak umiejętność powiedzenia sobie, że dzisiaj robimy trening i już! Gdybym za każdym razem, kiedy budzik zadzwoni o szóstej trzydzieści, czekała na motywację, żeby wyjść i pobiegać, raczej nie wyszłabym z domu, bo wygrałoby ciepłe łóżko! Podobnie jest z weną – możesz czekać, aż się pojawi, albo usiąść przed komputerem, otworzyć edytor tekstu i zabrać się do roboty.

Marta Hennig – trenerka przygotowania motorycznego, certyfikowana trenerka personalna i instruktorka fitnessu, autorka bloga CodziennieFit.pl – jednego z największych blogów fitness w Polsce – oraz poradnika „Codziennie fit”.


Marta Krasnodębska

Jak to mówią: „last but not least” – Marta Krasnodębska, kobieta rakieta, która w 2017 roku zdecydowanie wystrzeliła w kosmos i dała się poznać tysiącom Polek.
Marta uczy, jak robić biznes online. Wiem, że robi to doskonale, ponieważ jakiś czas temu konsultowałam z nią swoje pomysły.
Jej podejście, bazujące na próbach, doświadczeniach i działaniu (zamiast czekania, aż poczujemy się perfekcyjne przygotowane), jest mi niezwykle bliskie, dlatego cieszę się, że tyle kobiet właśnie od Marty uczyć się,jak wdrażać je do biznesu online.

W moim odczuciu Marta realizuje kosmiczną liczbę celów, dlatego zapytałam, jak ona to robi.

Przeczytajcie, co mi odpowiedziała.

Marto, na początek pytanie z grubej rury: czy w swoim biznesie wyznaczasz sobie cele? Jakie one są? Finansowe? Merytoryczne? Jakościowe? Powiedz nam coś więcej.

Jestem strategiem, dlatego wyznaczanie celów jest tym, co uwielbiam! Moja głowa to barwny chaos, kosmos potencjalnych projektów do zrealizowania. Choć każdy cel analizuję pod kątem finansowym, zaczynam od ustalenia, czy mam ochotę realizować dany projekt, czy może czuję, że robię coś, „bo wszyscy”, „bo powinnam”. Realizuję te projekty, które sprawiają, że niestraszne stają się wszystkie detale, które trzeba ogarnąć (jak choćby międzynarodowy zerowy próg rejestracji VAT na produkty cyfrowe, który oznacza, że nie występuje jedna stawka VAT-u, lecz ponad dwadzieścia stawek, a ty masz obowiązek naliczać podatek według stawki kraju kupującego, nie swojego. Pikuś!).

W internetach idziesz jak burza. Realizujesz projekt za projektem. A takie projekty to przecież zrealizowane cele. Jak to robisz, że nie gubisz się w tej liczbie? Jak utrzymujesz porządek?

Najpierw jako cel przyjmuję plan minimum, czyli to, co musi być. Żeby udowodnić, że można wystartować z biznesem i zarobić 10 tysięcy w 3 tygodnie, ani nie zaczęłam prowadzić bloga, ani nie byłam aktywna na insta, ani nie zdołałam wypuścić podcastu. Nie miałam na to czasu. Miałam godzinę wieczorem i trochę czasu w ciągu dnia (wtedy jeszcze pracowałam z klientami głównie prywatnie i zajmowało mi to masę czasu). Z tej godziny powstał projekt „10-dniowy Bootcamp – Jak Rozhulać Biznes Online”. Tak zaczęła się przygoda z Hakerkami. Ciągle słyszałam, że się nie da, że to niemożliwe, że jest mi łatwiej, bo jestem w UK…

Założyłam grupę na Facebooku, aby moi anglojęzyczni znajomi nie zgłupieli, widząc nagle live’y w języku polskim. W ciągu 3 dni przeprowadziłam 10 szkoleń na żywo i na ostatnim w 5 minut wyprzedałam dostęp do pierwszego programu – „Bootcamp Elite”. Nie miałam nawet strony sprzedażowej, bo zwyczajnie nie zdążyłam jej postawić.

Tak wyglądają wszystkie moje projekty: mam pomysł, biorę kartkę formatu A4 (bo lepiej mi się myśli na papierze) i rozpisuję możliwości. Gdy kartka jest cała zapisana, a ja uznam, że znowu podeszłam zbyt ambitnie, przepisuję tylko to, co jest możliwe do zrobienia w czasie, którym dysponuję. Na karteczkach post-it dopisuję pomysły, które wdrożę, jeśli dam radę, albo wyrzucę, gdy pojawi się frustracja (czyli na przykład dzieci zachorują i morze czasu przeznaczonego na projekt niespodziewanie skurczy się do rozmiarów kałuży). Choć każdy projekt trafia później do Asany i tam jest rozpisany na zadania, strategia zawsze rodzi się na papierze.

Czy masz jakieś swoje wytyczne związane z określaniem i realizowaniem celów? Na przykład dotyczące liczby celów, które realizujesz?

Nie lubię długoterminowych projektów – to moja wielka wada, z którą przestałam walczyć. Z czasem zaczęłam patrzeć na to z innej strony i traktować jak zaletę. Szybko orientuję się w sytuacji i tworzę strategie, które wpisują się w aktualne sytuacje. Dzięki temu można je szybko wprowadzać w życie – nie potrzebują idealnych warunków, tylko tego, co jest dostępne tu i teraz.

To główny powód, dla którego uwielbiałam pracę z prywatnymi klientami – ciągle mogłam wymyślać nowe strategie, a gdy znudził mi się jakiś projekt, przechodziłam do kolejnego.

Zasada, aby tu i teraz wykorzystać w maksymalnym stopniu to, co już mam, oszczędza mnóstwo czasu. Aby przygotować webinar lub szkolenie na dany temat, potrzeba masy przygotowań. Przygotowuję się merytorycznie,sprawdzam, co nowego się pojawiło, szukam case studies i innowacyjnych przykładów. Potem ślęczę nad slajdami, bo dopóki nie znajdę własnego stylu i wszystko mi się nie spina, nie umiem przejść dalej. Na papierze temat wygląda fajnie, ale jeśli na slajdzie nie mogę zmieścić nagłówka, oznacza to, że jeszcze nie wyciągnęłam esencji z wiedzy, którą chcę przekazać. Bo można lepiej, dokładniej, bardziej precyzyjnie i z większą pasją przekazać myśl, tak aby prześwidrowała nasz mózg i została w nim na zawsze.

To nie może być szkolenie, w trakcie którego gotuje się obiad, tylko takie, że nadgarstek puchnie z powodu robienia notatek, a głowa pęka od pomysłów.

Faza przygotowań to najdłuższa faza projektu, bo przekształcenie szkolenia w kurs to stosunkowo mniejszy wysiłek, zwłaszcza że znam pytania, jakie zadano podczas webinaru, wiem, co od razu zaskoczyło, a co jeszcze wymaga dodatkowych przykładów i ćwiczeń.

Zamiast przeskakiwać na kolejny temat i powtarzać mozolną fazę przygotowań merytorycznych, maksymalnie wykorzystuję ten ogrom pracy i tworzę kolejne szkolenia bazujące na wcześniejszych konceptach. Mam określony plan minimum i wiem, co chcę zrealizować. Mam czas na niespodzianki dzięki tzw. buforowi, Aby reagować zarówno na potrzeby klientów, jak i swoje. I bezlitośnie wycinam z planu zadania, które nie wspierają moich celów.

Fajnie byłoby ruszyć z podcastem, aby dotrzeć do większej liczby kobiet, ale ja już mam dużą społeczność, która bardziej i pilniej potrzebuje konkretnych szkoleń, aby móc rozwinąć biznes online.

Tak samo książka. Znam siebie i wiem, że spędzę miesiąc na wybieraniu okładki, więc w tym roku nawet w to nie wchodzę (uwielbiam wsiąkać w takie projekty!). W tym roku moim nadrzędnym celem było dokończyć budowę domu, pojechać na egotyczne wakacje (bo zazwyczaj jeżdżę do Polski do rodziny) i pomóc jak największej liczbie kobiet, aby mogły zaznać tej wolności, jaką daje własny biznes. I dotrzeć na czas do szkoły, aby odebrać dzieci.

Własny biznes to ogromna odpowiedzialność, ale i masa osobistej wolności. Nie tylko finansowej, lecz także takiej, która pozwala wybierać i robić to, co sprawia satysfakcję, oraz żyć tak, jak chcę, nie tak, jak muszę.

Co jest dla Ciebie najważniejsze w procesie realizowania celów? Często mówię kobietom, żeby przestały wizualizować sobie te superhipermegaambitne cele, które je przerażają, i zamiast tego wzięły na tapet coś, co może jest mniej spektakularne, ale co z łatwością zrealizują. Na co najbardziej zwracasz uwagę w swoim biznesie i na co zwracasz uwagę w swojej społeczności?

Zwracam uwagę właśnie na to, że NIGDY nie będzie idealnie. Że trzeba zacząć już, teraz, bo nie będzie lepszej okazji, lepszego czasu. Żeby nie planować hollywoodzkiej produkcji, jeśli do osiągnięcia celu wystarczy zwykły live na FB. Żeby bezlitośnie wycinać z planu to, co nie jest niezbędne, bo może się okazać, że z powodu wyrównywania marginesów i wybierania odcienia różu w logo minął miesiąc, a w tym czasie ktoś inny wypuścił „brzydszy” blog/podcast/produkt – i zarabia na nim, a nasz „perfekcyjny” pomysł nie doczekał się realizacji.

W jaki sposób podchodzisz do wyznaczania sobie celów? Z czego one wynikają? Kiedy je wyznaczasz? Jak często? Czy końcówka roku to dla Ciebie intensywny czas planowania w tym temacie, czy masz już wszystko zaplanowane?

Wyznaczam sobie plan szkieletowy – najpierw zaznaczam wakacje dzieci, bo czas z nimi spędzany to absolutny priorytet (w UK co 6 tygodni jest mniej więcej tydzień wolnego). Potem zaznaczam to, co zapowiedziałam (np. uruchomienie kursu na dany temat). Gdy wiem, co koniecznie muszę zrobić, planuję czas między wolnym dzieci a głównymi launchami kursów.

Co miesiąc odbywa się darmowe wyzwanie z serii „Hakerki sukcesu” – to merytorycznie intensywny minikurs na żywo. Plan mam wypełniony do lipca 2018 roku. Tu zdradzę Wam sekret: zrobiłam tabelę szkoleń, które ruszą w danym miesiącu, i na tej podstawie stworzyłam tematy wyzwań. Dzięki temu po każdym wyzwaniu mogę robić tzw. soft launch – ostatniego dnia wyzwania po prostu ogłaszam nabór lub przedsprzedaż kursu. Uczestniczki wyzwania dowiadują się jako pierwsze i otrzymują największe zniżkę i największą liczbę bonusów.
Mój plan promocji zakłada dawanie prezentów i oferowanie wartości, dlatego moje darmowe wyzwania są później udostępniane jako pełnoprawne kursy.

Czy zdarzyły się takie okresy, w których nie zrealizowałaś swojego celu? Jak do tego podchodzisz? Czy traktujesz to jak porażkę?

Bardzo, bardzo długo nie realizowałam dużej części swoich pomysłów – nie miałam czasu i poddawałam się presji otoczenia („teraz masz dzieci, tylko wyrodne matki potrzebują do szczęścia czegoś więcej niż dzieci”). Mój syn nie spał w nocy przez pierwsze 18 miesięcy. W dzień spał tylko wtedy, gdy wychodziłam z nim na spacer. Byłam jak zombie. Potem pojawiła się córeczka – kolejny podarunek od życia. Wtedy dosłownie realizowałam plan minimum – wyliczyłam dokładnie, ile potrzebuję zarobić, aby przetrwać, i pracowałam jedynie z kilkoma klientami. Odłożyłam wszelkie plany o ekspansji.

Growth hacking to moja pasja; moja specjalizacja to wynajdowanie innowacyjnych sposobów na to, aby zarabiać
więcej, pracując mniej – w czasach, gdy mit „możesz więcej” zatacza coraz szersze kręgi. Tak, można osiągać więcej, ale wyznaczamy sobie konkretne cele właśnie po to, aby je osiągać, a jednocześnie nadal cieszyć się życiem. Cel finansowy to cel wtórny, który pozwala spełniać prawdziwe marzenia. Jeśli nie masz czasu na to, co jest dla Ciebie ważne, oznacza to, że trzeba przyjrzeć się swoim celom ponownie.

Na koniec muszę zapytać o motywację. Dla mnie to taki mityczny temat. Kobiety często wierzą w tę motywację jak w zbawienie, tymczasem ja uważam, że ważniejsza od motywacji jest samodyscyplina. Jak Ty podchodzisz do tego tematu?

Jeżeli nie mogę zakończyć projektu, to dla mnie znak, że może ten projekt nie jest dla mnie ważny. Wtedy szukam sposobu, aby zminimalizować straty i frustrację albo zmienić plan na taki, który sprawi, że projekt nabierze znaczenia. Pisanie książki tylko po to, aby zobaczyć swoje nazwisko na okładce, jest dla mnie mało motywujące. Tak samo jak wypuszczenie kursu tylko po to, aby na nim zarobić. Dlatego rezygnowałam z wielu potencjalnie lukratywnych projektów. Pieniądze w niewielkim stopniu mnie motywują. Dopiero świadomość, że wypuszczam kurs, który pomaga setkom kobiet i na nim dodatkowo zarabiam, sprawia, że chce mi się nad takim projektem pracować.

Co do samodyscypliny – nie lubię zawodzić innych, dlatego wszystkie kursy, które się pojawiły w tym roku („6-tygodniowy Bootcamp Elite”, „21 Dni Strategii Marki”, „7 dni – Jak Rozhulać Reklamę na FB”, „30 Dni – Jak Rozhulać Fanpage”) i około 12 minikursów powstały dlatego, że setki kobiet kupiło je w przedsprzedaży i w wersji beta – to niejako zmusiło mnie do ich stworzenia, a jednocześnie zniosło przymus idealności. W przeciwnym razie nadal czekałabym na ten mityczny dzień, w którym uznam, że kurs jest perfekcyjny, albo wstanę z myślą, że dziś jestem “zmotywowana” do tego, aby edytować 28 wideo z serii.

Jaki nowy cel zamierzasz zrealizować w 2018 roku?

W 2018 roku chcę wypuścić podcast, napisać książkę, dopieścić dotychczas uruchomione kursy i wyskalować biznes do ponad miliona. Jedną markę – do miliona złotych, drugą – do miliona dolarów. Nie mam jeszcze planów na to, co zrobię z pieniędzmi – chcę tylko pokazać, że to możliwe, że się da i nie trzeba odkładać marzeń na później.

MARTA KRASNODĘBSKA jest strategiem marki i biznesu online. Pomaga kreatywnym kobietom zbudować biznes online, który pasuje do ich stylu życia, niezależnie od tego, czy mieszkają w Londynie, Nowym Yorku, czy Krakowie. Jej klientki to popularne blogerki, autorki kursów i książek i ogólnie babki z klasą, które miały dość czekania na sukces – dlatego same go sobie stworzyły. Marta pomaga im wyrzucić ze słownika słowo „niemożliwe”, zaistnieć w sieci i wypracować strategie, które pomnożą ich dochody i zmniejszą nakład pracy. Na początku 2017 roku założyła na FB grupę, która ma ponad 18 000 członków. W jej bootcampach z serii „Hakerki sukcesu” wzięło udział ponad 24 000 osób z 41 krajów świata.