Wiele z nas ma problem ze słomianym zapałem. Pojawia się pomysł, jest energia na jego realizację, ale potem – czasem nawet nie wiadomo kiedy – przerywamy, zapominamy, znajdujemy nowe inspiracje. Jednak na pewno masz takie cele i plany, na których zrealizowaniu Ci zależy i chcesz wytrwać w tym, co sobie postanowiłaś. Zobacz kilka wskazówek, jak w tym przypadku rozprawić się z tzw. słomianym zapałem.

Po pierwsze: czy to na pewno słomiany zapał?

Według teorii słomiany zapał to „zapał nagle powstający i szybko przemijający”. No i OK. Teoria teorią –jak zwykle niewiele pomaga i niczego nie wyjaśnia, no bo co z tego, że mój zapał szybko powstał i równie szybko przeminął? I co z tego, że nazwałam go słomianym? Czy to źle?

Podejrzewam, że kilkanaście razy dziennie miewam napady słomianego zapału; gdy zobaczę coś, zapalam się jak zapałka i przez godzinę myślę tylko o tym, a potem zapominam, bo… zobaczyłam coś innego.
Według mnie takie krótkie zapalanie się to jeszcze nic złego!

Po drugie: nawet jeśli to słomiany zapał, to co z tego?

Żyjemy wśród tak wielu etykietek i stereotypów, że same chętnie przyczepiamy sobie kolejne. Gdy zmienimy zdanie w kwestii ustalonego celu, dochodzimy do wniosku, że jesteśmy do kitu, bo to przecież słomiany zapał, a słomiany zapał jest niefajny. Wniosek z tego prosty: ja też jestem niefajna. Nie pomaga świadomość, że wszyscy dokoła również będą tak uważać.

Fakt, że próbujemy, testujemy i dochodzimy do wniosku, że to jednak nie to, nie jest niczym złym. Na etapie pomysłu nie ma obowiązku być w 100% przekonaną, że na mur beton będziemy to robić do końca życia, a w dodatku kochać!

Moją wcześniejszą ścieżkę zawodową można określić jako jeden wielki słomiany zapał. Pracowałam już jako nastolatka i do 27. roku życia w ŻADNEJ firmie nie spędziłam dłużej niż rok. Czasem było to zaledwie kilka miesięcy. Czy to był słomiany zapał? Jak najbardziej!

Wydawało mi się, że superekstrafajnie będzie pozyskiwać fundusze europejskie dla polskich firm, tymczasem zajęcie okazało się nudne jak flaki z olejem! Wydawało mi się, że bycie stewardesą arabskich linii lotniczych (tak, miałam taki epizod zawodowy w życiu) okaże się fantastyczną przygodą, a było tylko nudnym podawaniem drinków na dużych wysokościach!

I co? Miałam kontynuować, byle nie przykleić sobie etykietki „mam słomiany zapał”? Lub byle nie pozwolić, aby ktoś mi ją przykleił? Miałam to gdzieś! Ważniejsze dla mnie było robienie tego, co mnie naprawdę cieszy, niż zastanawianie się nad takimi niuansami!

Lubię powtarzać: „Miej cele, ale nie wykuwaj ich w betonie”. Mamy prawo zmieniać zdanie. Mamy prawo zmieniać cele. Czy fakt, że zmieniłaś zdanie, krzywdzi kogoś? A może wydaje Ci się, że przeszkadza komuś, dlatego uznajesz, że Tobie również powinien przeszkadzać?

Doskonale rozumiem, że są sytuacje, w których słomiany zapał nie pozwala osiągać naprawdę ważnych dla nas celów i zwyczajnie trzeba się z nim rozprawić. Dlatego przygotowałam dla Ciebie kilka sposobów.

1. Ulegając słomianemu zapałowi, możesz mieć tendencję do patrzenia na świat przez różowe okulary.

Przecież masz taki fantastyczny pomysł! To jest właśnie ten czas! Nie dostrzegasz ograniczeń, lecz widzisz wyłącznie możliwości. I to jest bardzo fajny okres, ale tylko na pewnym etapie realizacji projektu, a konkretnie tym, który jest związany z wymyślaniem, kreowaniem i burzą mózgów.

Po jakimś czasie warto spojrzeć realistycznie na swój plan oraz sposób, w jaki zdefiniowałyśmy swoje zasoby, czyli czas i energię (o ile w ogóle to zrobiłyśmy). Oczywiście chodzi również o czysto materialne zasoby (pieniądze, narzędzia), choć wobec nich z reguły jesteśmy bardziej pragmatyczne. To czas traktujemy, jakby był z gumy, a energię uznajemy za zasób niewyczerpywalny.

Zobacz swój projekt w harmonogramie (zakłada to, że Twój projekt powinien mieć jakikolwiek harmonogram) i sprawdź, czy będziesz gotowa działać tak długo, na jak długo go zaplanowałaś. Pokaż harmonogram choćby ciut bardziej doświadczonej osobie, aby zweryfikowała, czy jest realny czy nie i jakim kosztem okaże się dla Ciebie jego osiągnięcie (mam na myśli koszty czasowe, energetyczne i emocjonalne).

To Ty znasz siebie najlepiej, więc odpowiedz sobie na pytanie, czy wolisz pracować przez miesiąc non stop, a przez kolejne odpoczywać, czy wolisz pracować dłużej, ale w bardziej zrównoważony sposób?

2. Przeanalizuj swój kolejny pomysł, zanim skoczysz na główkę.

Jestem ogromną zwolenniczką skakania na główkę, a dopiero później badania dna, choć czasami jest to baaardzo głupie podejście i może się źle skończyć. Uczę się więc na własnych błędach.

W praktyce wygląda to tak: podczas spotkania #gangPSC (w każdy piątek o 10.00, oczywiście zdalnie) wpadamy na genialny pomysł. Każda z nas zapala się do jego realizacji i już, teraz, natychmiast chcemy wszystko ogłaszać, realizować itp. Ale już trochę znamy siebie i wiemy, że pomysł musi wskoczyć do przechowalni, jeśli ma przetrwać próbę czasu. W większości przypadków przechowalnia dobrze mu robi – pomysł sobie dojrzewa, zyskuje nowe warstwy i lepszy kształt. Ale czasami pleśnieje i trzeba go wyrzucić – dzięki temu oszczędzamy masę czasu, stresu i niepotrzebnych nerwów.

Swoją drogą #gangPSC niczego się tak nie boi jak mojego niewyparzonego jęzora i „daru” szybszego mówienia niż myślenia. Już nie raz bowiem okazywało się, że palnęłam coś w mediach społecznościowych, później o tym zapomniałam i była chryja.

3. Znajdź w sobie motywację.

W tym wypadku również jestem ogromną zwolenniczką samodyscypliny, ponieważ motywacja bywa złudna. Nie da się jednak ukryć, że właśnie motywacja popycha nas w kierunku większych lub mniejszych projektów w naszym życiu. Bo chcemy coś osiągnąć. Im bardziej to coś jest w Tobie, tym większa szansa, że będziesz realizować projekt i tak łatwo nie odpuścisz.

4. Ustal, kiedy zaczniesz działać.

Nie jest sztuką mieć pomysł. Sztuką jest go zrealizować. Często kobiety zbyt długo planują, zastanawiają się, szukają i wykorzystują do tego całą swoją energię. A później, gdy pora przejść do działania, nagle nudzi im się, znika ochota, więc… przeskakują do planowania następnego projektu.

Takie działanie nie musi być minusem, pod warunkiem że jest to Twoja rola w projekcie, zespole czy firmie. Jeśli jednak jesteś odpowiedzialna i za planowanie, i za działanie, warto określić, jak długo potrwa każdy z tych etapów.

5. Sprawdź, jakim typem jesteś.

Są osoby, które wolą zaczynać, i osoby, które wolą kultywować. Jeśli wolisz zaczynać – kręci Cię samo wymyślanie, snucie idei i celów do zrealizowania, tworzenie list zadań, planowanie, wymyślanie itp. Jeśli wolisz kultywować – Twoją mocną stroną jest solidna praca wdrożeniowa nad tym, co ktoś wymyślił.

Słomiany zapał najczęściej dotyczy pierwszej grupy. Najlepszym sposobem, aby temu zaradzić, jest znalezienie kogoś, kto pomoże Ci w tej części, w której Ty nie jesteś mistrzynią. I nie mam na myśli pracownika na cały etat (choć jeśli masz taką możliwość, to dlaczego nie), lecz kogoś, kto Cię wesprze i pomoże Ci przez to przebrnąć. To może być koleżanka, mąż lub kobieta, która także bierze udział w #wyzwaniePSC.

6. Kluczowe jest zacząć taki projekt, który skończysz…

…a nie skoczyć projekt, który zaczęłaś.

Zadawaj sobie pytanie: „Po co to robię?”. Ja zaczęłam je sobie zadawać dosyć wcześnie, dlatego szybko przekonałam się, że jeśli nie znajduję powodu, dla jakiego miałabym kontynuować projekt – zwyczajnie porzucam jego realizację.

7. Nie rób wszystkiego na raz.

Gdy w grupie Pań Swojego Czasu ogłosiłam, że podejmujemy walkę ze słomianym zapałem, dziewczyny zaczęły określać obszary, w których chciałyby wziąć się za bary z problemem. I co się okazało? Że najczęściej tych obszarów do zmiany jest za dużo, aby pracować nad nimi jednocześnie.

Jeśli chcesz i zmienić swoje podejście do diety, i zacząć ćwiczyć, i codziennie czytać książki, i dbać o cerę, i uczyć się portugalskiego przez godzinę dziennie, i opanować seks tantryczny, to jednego możesz być pewna – polegniesz! Tak jak zapewne poległaś w przeszłości, gdy wpadłaś na fantastyczny pomysł realizowania każdej z tych czynności w tym samym czasie.

Zacznij z jednym, maksymalnie dwoma obszarami (ale tylko wtedy, gdy wzajemnie się napędzają; idealnym przykładem jest zdrowe odżywianie i ruch fizyczny – dodanie kolejnego elementu powoduje, że pracujemy lepiej także z pierwszym).

8. Nie rozpraszaj się. Nie inspiruj się.

Jest etap inspirowania i jest etap działania. Tak – jest jeszcze miliard rzeczy, które mogłabyś zrobić lepiej w swoim projekcie lub milion innych projektów, które mogłabyś prowadzić. Ale nie możesz, więc skup się na tym, co masz.

Jeśli Twoje myśli mimo wszystko odpływają – nie walcz z tym, lecz zadbaj o nie. Miej zawsze przy sobie kartkę, notes, aplikację – cokolwiek, w czym zapiszesz wszystkie swoje pomysły. Jednocześnie zadbaj o to, aby ściśle określić moment przejrzenia tych pomysłów, aby podjąć decyzję, który porzucisz, a który zostawiasz na „kiedyś, być może”. Jeśli nie wyznaczysz tego momentu, Twoja głowa nie da się oszukać i mimo że zapiszesz swoje pomysły, będą one do Ciebie wracać, a Twoja podświadomość zacznie szeptać: „Miałaś taki fajny pomysł i nic z nim nie zrobiłaś! Nie lepiej się zabrać za niego?”.

9. Dowiedz się, skąd to wynika.

Jednym z ciekawszych aspektów naszego życia jest to, że ciągle robimy to samo i działamy schematycznie, ale zupełnie nie wiemy dlaczego. Popełniamy te same błędy, bo nie zauważamy, w którym momencie wchodzimy na znaną nam ścieżkę, która prowadzi donikąd.

A gdyby tak to zmienić?

Skoro wiesz już, że słomiany zapał dotyczy również Ciebie, prawdopodobnie nie raz doświadczyłaś momentu zapalania się do pomysłu, wypalania Twojego entuzjazmu i porzucania pomysłu, aby za chwilę sięgnąć po kolejny.

Poświęć 15 minut na przeanalizowanie tego schematu. Wypisz sobie wszystkie te projekty/pomysły, w których tak właśnie działałaś.

A teraz spróbuj sobie przypomnieć, na jakim etapie doszłaś do wniosku – mniej lub bardziej świadomie – że już Ci się nie chce, że już nie warto itp. Jaki był powód Twojego odpuszczenia? Nudziłaś się? Zabrakło Ci siły? Wyczerpałaś energię na planowanie, więc nie zostało Ci jej na działanie? Przestało Cię to bawić? Nie stanowiło wyzwania? Ten powód będzie wskazówką do tego, co zrobić, aby tym razem nie odpuścić (jeśli naprawdę nie chcesz odpuszczać)

10. Ciesz się z tego, co już masz!

Słomiany zapał zwykle dotyczy dużych projektów, do realizacji których nie wystarczą krótkotrwała motywacja i spięcie pośladków. Przestajemy wtedy wierzyć, że kiedykolwiek uda nam się zrealizować tak ambitny cel, i myślimy sobie: „Chyba jakaś durna byłam, skoro coś takiego postawiłam przed sobą”.

Warto wtedy odwrócić tę tendencję i spojrzeć na to, co już zrobiłaś, czymkolwiek to jest. Jeśli jest to plan – super! Udało Ci się zrobić plan! Jeśli to tylko pomysł – ekstra! Teraz już będzie z górki! Jeśli to tylko zarys pomysłu – też bomba! Czy wiesz, ile osób nawet tego nie ma?

11. Mierz, sprawdzaj i notuj postępy!

Jeśli zechcesz schudnąć i przyjdzie Ci do głowy, żeby zacząć się mierzyć i ważyć, bądź gotowa na to, że… świat może się z Ciebie śmiać. I może mówić Ci, że przecież ważne jest Twoje samopoczucie, a nie centymetry w pasie czy innym miejscu ciała.

I świat będzie miał rację, bo faktycznie Twoje samopoczucie jest ważniejsze niż centymetry. Ale świat najwyraźniej nie docenia tego, jak wielkie znaczenie ma monitorowanie poziomu zapału! Nie tylko w wypadku odchudzania, lecz także w każdym innym działaniu. Same cyferki nie podnoszą mnie na duchu, lecz to, że czarno na białym widzę, ile dokonałam. Widzę, że miałam w sobie siłę, aby działać i zapisywać swoje działania. I widzę, że gdy działam, to mam efekty. A gdy nie działam, to tych efektów nie mam.

Dokładnie taką samą funkcję pełnią listy zadań, z których wykreślasz – lub odhaczasz – to, co zrobiłaś; dzięki temu widzisz, że idziesz do przodu. I widzisz, że możesz. I znajdujesz w sobie wytrwałość.

12. Pamiętaj, że nie jesteś robotem.

Wytrwałość – dobra rzecz. Konsekwencja – godna podziwu. Ale jesteś tylko człowiekiem. Każdy jest! Wiele z Was pyta mnie o to, co robię, gdy tak bardzo, bardzo mi się nie chce, i jak wtedy zmuszam się do działania. Najczęściej moja odpowiedź brzmi: „Nie zmuszam się”. Jestem za stara na takie zabawy. Mam 37 lat. W poprzedniej firmie pracowałam w świątek, piątek i niedzielę. Pracowałam w ciąży i podczas choroby. I z gorączką. Krótko mówiąc: idiotką byłam.

Dzisiaj tego nie robię. Nie muszę, ale też nie chcę! Tworzę taki biznes, w którym nie tylko ja, lecz także cały mój zespół, czyli #gangPSC, ma prawo do dnia pod tytułem #niechcemisię.
Co więcej – podczas planowania uwzględniamy takie możliwości. Terminy naszych projektów są wypadkową tego, co się da (a da się prawie wszystko), oraz tego, na co mamy ochotę.

I jestem pewna, że teraz zapytasz: „No dobra, ale co zrobić, gdy ciągle mi się nie chce?”.

Najpierw powiem Ci, co bym zrobiła, gdyby ktoś z Gangu miał taki dylemat. Krótka piłka: nie pracowałby dla mnie. Po co mi pracownik, któremu ciągle się nie chce?

A co ja bym zrobiła, gdyby w PSC nagle wszystkiego mi się odechciało i trwałoby to dłuższy czas (bo to, że takie stany pojawiają się po okresach wzmożonej aktywności – na przykład promocji jakiegoś kursu czy produktu – jest dla mnie zupełnie normalne). To samo, co robiłam zawsze do tej pory: rzuciłabym to w cholerę i poszukała czegoś nowego.

Według mnie takie stany nie pojawiają się tak często WŁAŚNIE DLATEGO, że od czasu do czasu dajemy sobie na nie pełną zgodę i przyzwolenie! Bez wyrzutów sumienia, bez dowalania sobie, jaka to beznadziejna jestem, bo dzisiaj nie zrealizowałam planu!

Świat nie wybuchnie, nie załamie się i nie zapłacze na śmierć dlatego, że dzisiaj nie zrealizowałam planu! Dzisiaj sobie odpocznę bez wyrzutów sumienia, zalegnę przed głupim serialem i zjem coś niezdrowego, a jutro powiem sobie: „Dobra, Budzyńska, dosyć tego płaszczenia dupy. Wstawaj i bierz się do działania”. I tak będzie!

Żeby nie było tak różowo, napiszę, że są chwile, kiedy faktycznie się zmuszam. Szczególnie do ćwiczeń. Mówię sobie: „W takim razie tylko 5 minut”. I włączam „Skalpel”. Ćwicząc, nucę sobie piosenkę i obiecuję: „Tylko do końca tej piosenki. Jeszcze 5 przysiadów”.

13. Zaczynasz, bo masz wizję. A potem zabija Cię rutyna!

I to jest zupełnie normalne. Zaczynamy na haju, bo mamy przed sobą wizję (jakże cudowną, bo wymyśloną przez nas) tego doskonałego stanu, który pojawi się, gdy osiągniemy wszystko, co sobie wymyśliłyśmy. Ta wizja niesamowicie nas motywuje i daje kopa do działania. W najlepszym wypadku – przez 10 dni. Potem następuje kryzys. Haj przestaje działać i jedyne, co widzimy, to rutynę i powtarzalność. Nagle wszystko wydaje nam się schematyczne i nudne! I nie doceniamy tego, że ta rutyna jest naszym przyjacielem, bo skoro się pojawiła, to jesteśmy o krok od zbudowania nawyku.

Oczywiście nie we wszystkich obszarach chcesz działać nawykowo, nawyk bowiem oznacza, że w zasadzie nie rejestrujesz czynności, którą wykonujesz. Fajnie jest zatem wyrobić sobie rano nawyk picia wody z cytryną zamiast kawy z cukrem (albo zamiast palenia papierosa), ale już niekoniecznie fajne jest mieć nawyk rutynowej rozmowy z mężem, prawda?

Sprawdź więc, czy działania, w których zauważasz rutynę, są czymś, co ma się przekształcić w nawyk, czy może czymś, co codziennie ma okazywać się nową i ekscytującą przygodą. Jeśli to drugie – zmieniaj, urozmaicaj, kombinuj. Jeśli jednak wytworzyć nawyk – wytrwaj w tej rutynie, bo jest ona czynnikiem sprzyjającym.

Jeśli chcesz sobie poradzić z odkładaniem na później, ale nie wiesz jak, zapraszam na mój kurs “Zrób to dziś, czyli jak nie odkładać na jutro”. Szczegóły znajdziesz TUTAJ