Zapewne każda z Was miała w swoim życiu taki moment, kiedy przyszło jej do głowy, żeby zrobić coś superfajnego, dużego, nieoczekiwanego i niespodziewanego.
Może nauczyć się języka obcego, założyć biznes albo blog.
Może zdać na studia w innym mieście albo ubiegać się o pracę, której teoretycznie nie masz prawa dostać.
Może nauczyć się tańczyć flamenco, wyjechać na rok za granicę i zwiedzać świat. Albo przekwalifikować się zawodowo.
Mam na myśli takie kwestie, które są dla Ciebie wyzwaniem i nie dzieją się ot tak po prostu.

Sama mam masę takich doświadczeń.
Na przykład studia w Krakowie, chociaż mieszkałam na Śląsku. W moim wypadku oznaczało to konieczność dostania się na studia dzienne na Uniwersytecie Jagiellońskim (jako pierwsza z rodziny) i wyprowadzkę od rodziców.
A potem rezygnacja z tych studiów (bo strasznie mnie nudziły) i próba (udana) dostania się na inne.
Albo wyjazd do Bahrajnu (to taki kraj arabski), bo na czwartym roku studiów postanowiłam zostać stewardesą arabskich linii lotniczych i latać po całym świecie.
Albo praca w czterogwiazdkowym hotelu w Krakowie, w którym pokoje kosztowały tyle, że absurdem wydawało mi się wydawać tyle pieniędzy (dzisiaj śmiać mi się chce, gdy o tym pomyślę).
Albo decyzja, że rzucam wszystko i zostaję trenerką umiejętności miękkich, choć nigdy wcześniej nikogo nie szkoliłam, a na dodatek z wykształcenia nie jestem psycholożką.
No i decyzja, że zakładam Panią Swojego Czasu i będę prowadzić biznes online – po swojemu i na swoich zasadach.
To wszystko doświadczenia, które są częścią mojego życia.
Pamiętam doskonale, co działo się w mojej głowie, gdy wpadałam na te wszystkie genialne pomysły.

A Ty pamiętasz, co czułaś w chwili, gdy takie „wyzwanie” powstało w Twojej głowie?
Jestem pewna, że były to radość, euforia, pozytywne napięcie i wyobrażanie sobie, jak to będzie świetnie w przyszłości, gdy już to zrealizujesz.
Co pojawiło się potem?
Czy przypadkiem nie strach?

I teraz pytanie: co zrobiłaś z tym strachem? Albo raczej – co pozwoliłaś mu zrobić ze sobą i z decyzją, którą chciałaś podjąć i z której tak się cieszyłaś?
Spełniłaś to marzenie i zrealizowałaś ten pomysł czy może pozwoliłaś, żeby ten cholerny strach zniszczył Twoje plany i popsuł szyki?

Dzisiaj będzie o tym, jak nie pozwalać, aby strach popsuł nam szyki!

Zrealizowałam wszystkie plany, o których Ci napisałam. Nie dlatego, że się nie bałam, lecz MIMO ŻE się bałam.

Nie przesadzę, jeśli napiszę, że niektórych spraw bałam się tak bardzo, że odczuwałam to na poziomie fizjologicznym. Przed pierwszym szkoleniem, w którym wzięłam udział jako trenerka, nie uczestniczka, pół nocy spędziłam w toalecie. Myślę, że wyobrażasz sobie, co tam robiłam ze strachu. Na pewno nie malowałam ust.

No, ale dobra. Wracamy do Ciebie.
Masz jakiś plan i chciałabyś go zrealizować. Ale się boisz. Więc odpuszczasz. Odkładasz na później. Przekonujesz siebie, że zaczniesz od jutra. Albo w przyszłym roku. Może gdy trochę schudniesz, gdy poprawi Ci się cera, gdy opanujesz język obcy, gdy zyskasz więcej pewności siebie.

Nooo – kiedyś na pewno to zrobisz. Ale nie dzisiaj. Bo się boisz!

STOOOOP

Wiem, że się boisz! Wiem, że robisz w gacie ze strachu! Ja też robię! Za każdym razem, gdy wypuszczam coś nowego!

Ale z tym strachem możesz sobie poradzić!
Musisz tylko wiedzieć jak!
Tego zresztą uczę w swoim kursie o nieodkładaniu – „Zrób to dziś”.

Jakiego to rodzaju strach?

STRACH PRZED KRYTYKĄ

Chyba jeden z najczęstszych strachów.
Bo co, jeśli mnie skrytykują? Co, jeśli powiedzą, że to, co zrobiłam, jest niefajne, brzydkie, głupie, prostackie? (Możesz sobie wstawić tu dowolne określenie).
Przede wszystkim warto sobie uświadomić, że na pewno… tak właśnie będzie.

Nie ma takiej opcji, żeby nie znalazła się chociaż jedna osoba, której nie spodoba się to, co robisz, i która nie poczuje potrzeby, aby tą informacją podzielić się zarówno z Tobą, jak i ze światem.

Ludzie będą krytykować i Ciebie, i to, co robisz, z bardzo różnych powodów. Czasem dlatego, że nie zgadzają się merytorycznie. Czasem dlatego, że Cię nie lubią i zechcą Ci dowalić. A czasem dlatego, że to coś, co przygotowałaś, w ogóle nie powinno do nich trafić.
Ja na przykład całkiem niedawno miałam taką sytuację z moją książką.
Nie napisałam jej dla osób, które przeczytały milion książek na temat zarządzania czasem i chcą poszerzyć swoją wiedzę o kolejną mądrą teorię, bo jeśli osoba z takimi oczekiwaniami przeczyta moją książkę, to jej opinia będzie następująca (pisownia oryginalna):

“Po książkę Oli sięgnęłam zachęcona pochwalnymi komentarzami i dobrymi recenzjami. Liczyłam na kawał dobrej wiedzy i garść cennych rad. Co dostałam? “Nie marnuj czasu na Facebooku, spisuj plany na kartce, ustal priorytety, dobre nawyki kluczem do sukcesu” itp… Na prawdę? Trzeba o tym pisać książki? Myślałam, że są to kwestie oczywiste”.

No i co można odpowiedzieć przy takiej krytyce? Oczywiście, że są to oczywiste sprawy! Dla mnie są tak oczywiste jak oddychanie i sądzę, że dla osoby krytykującej również, a więc ta książka nie jest dla niej. Jeśli jednak jest to oczywiste to zakładam, że w życiu tej osoby to się już dzieje – czyli nie marnuje czasu na Fb, ustala priorytety, spisuje plany (nigdzie nie pisałam, że koniecznie na kartce) i zbudowała sobie dobre nawyki. Po co w takim razie jej moja książka? Żeby poznać jeszcze lepsze super hiper ekstra metody zarządzania sobą w czasie?

Problem z krytyką polega na tym, że ciężko jest wyważyć kiedy nam pomaga, a kiedy przeszkadza. Trzeba dobrze znać siebie i to, co oferujemy, lub to, czego pragniemy, by ta krytyka nas nie niszczyła, lecz wzmacniała.

Ja na przykład musiałam całkiem mocno przepracować w sobie fakt, że treści, które daję “w internetach” nie są dla każdego, ale każdy może je zobaczyć, a więc także – każdy skrytykować.

STRACH PRZED WYŚMIANIEM

Strach przed wyśmianiem jest chyba jeszcze gorszy niż strach przed krytyką. A może to tylko moja opinia na ten temat…?
Jest to strach, z którym radziłam sobie najgorzej i najgorzej go przeżywałam. Nie byłam go świadoma, dopóki nie doświadczyłam wyśmiania.
Gdy założyłam PSC, w moim ówczesnym środowisku zawodowym zostałam szyderczo nazwana „pisareczką”. Codziennie ktoś mi zadawał pytanie: „No i jak tam ci idzie pisanie tego bloga”? I bynajmniej nie było to krzepiące pytanie. Doświadczyłam bardzo mocno, czym jest ten rodzaj strachu i jak bardzo potrafi utrudniać życie. Jednocześnie poczułam, jak bardzo mnie mobilizuje i zachęca do działania. Po powrocie do domy ze łzami w oczach relacjonowałam mężowi tę cholerną pisareczkę, a jednocześnie zaciskałam zęby i myślałam: „Jeszcze zobaczycie!”. No i zobaczyli.

STRACH PRZED PORAŻKĄ

Myślę, że jego popularność wynika z tego, że w naszym społeczeństwie niewielkie jest przyzwolenie na popełnianie błędów.
Naszym dzieciom mówimy: „Albo rób dobrze, albo nie rób wcale”. Powoduje to, że dzieci wolą nie robić, bo przecież będzie źle, jeśli popełnią błąd.

Tymczasem błędy są normalne. Normalne jest równie to, że czasem coś wychodzi, a czasem nie. Warto sobie uświadomić, że KAŻDY tak ma, tylko zwyczajnie tego nie widać; odruchowo staramy się ukrywać porażki, bo nikt nie lubi się nimi chwalić.

O moich porażkach pisałam kiedyś TUTAJ i TUTAJ.
Do tego rodzaju strachu można się przyzwyczaić, a nawet potraktować go jako sprzymierzeńca. Nie uwierzysz, ale lubię kolekcjonować swoje błędy (mniejsze i większe) i niejako robić z nich listę spraw, zadań, wykroczeń, aby nie popełnić ich po raz drugi. I nawet cieszę się, że kolejna wtopa już za mną, bo to oznacza, że raz na zawsze zostanie z mojego życia wyeliminowana.
Wciąż to powtarzam na naszych spotkaniach w ramach #ganguPSC – kolejny błąd odhaczony, zapisujemy i więcej go nie powtarzamy.

STRACH PRZED SUKCESEM

Jest to jedyny rodzaj strachu, którego nie doświadczyłam na własnej skórze, dlatego nie za bardzo wiem, o co w nim chodzi. Nie wiem, jak to jest bać się tego, że się nam uda i powiedzie.
Co jest takiego strasznego w sukcesie? Czego tu się bać?
Ale potem pomyślałam, że może (a nawet na pewno) inaczej rozumiemy sukces.
I od naszego podejścia zależy, czy ten strach się pojawia czy nie.

Powiem Ci, jak ja rozumiem sukces zawodowy (czyli związany z PSC, choć wpływa on również na inne obszary mojego życia).

Pisałam już o tym milion razy, ale napiszę jeszcze raz: osiągnę sukces w ramach PSC, gdy każdej kobiecie, która pomyśli: „Nie mam czasu”, od razu przyjdzie do głowy: „Sspoko, jest Pani Swojego Czasu”.
Jednocześnie, gdy tylko o tym pomyślałam, to wpadło mi do głowy, że to przecież nigdy nie będzie konkretny dzień, ani moment, bo jest to dłuuuugi proces.

Tak czy siak chcę, aby PSC była tak powszechna jak jedzenie śniadania przez ludzi.
Cel ambitne, nie ukrywam.

No dobra, ale co z tym strachem?
Czy osiągnięcie tego, co uważam za sukces zawodowy, spowoduje jakieś straszne zmiany w moim życiu?
Nie wiem na pewno, bo wróżką nie jestem, ale jestem przekonana, że nie.
Moim celem nadal będzie pracować w tygodniu przez kilka godzin dziennie (teraz pracuję sześć), popołudnia spędzać z rodziną, a weekendy mieć wolne. Sukces nigdy nie kojarzył mi się z większą ilością pracy i większą liczba obowiązków; wręcz przeciwnie – z mniejszą!

PSC prowadzę od ponad 3 lat. Choć pokus jest wiele (eventy, spotkania, warsztaty, prelekcje, wywiady itp.), wykorzystuję raptem około 10% tych możliwości. Korzystanie w większym zakresie oznaczałoby zrezygnowanie z tego, co jest dla mnie ważne (dom i rodzina). A nie chcę z tego rezygnować.

Dokładnie w pierwszym tygodniu września mogłam zupełnie za darmo odbyć tygodniowy rejs jachtem po Morzu Adriatyckim. No wiecie, taka kwintesencja blogowania – jesteś blogerką, wysyłają Cię w rejs, płacą za wszystko, a Ty się “odwdzięczasz” wpisem, reklamą i zdjęciami.

Nie chciałam, bo początek września to początek roku szkolnego, a w takich chwilach chcę być z moimi chłopakami.

Podobnych propozycji otrzymuję naprawdę dużo. Być może mogłabym bać się takiego sukcesu i konsekwencji z nim związanych (jak choćby nieobecność w domu), gdyby nie to, że mocno trzymam się swoich zasad. Mój „sukces” (przyznaję: umarłam ze śmiechu, gdy to napisałam) tych zasad nie zmienia.

STRACH PRZED MASĄ ROBOTY, KTÓRA BĘDZIE DO ZROBIENIA

To niezwykle uzasadniony i realny strach, który często wynika z naszych wcześniejszych – trzeba sobie jasno powiedzieć – złych doświadczeń. Porwałyśmy się z motyką na słońce. Zajęłyśmy się realizacją projektu, którego do końca nie przemyślałyśmy, a potem okazało się, że mamy taką masę roboty, że z niczym się nie wyrabiamy.

Ten strach często wynika z braku planowania. Żeby było jasne: mam na myśli prawdziwe planowanie, nie zaś spisanie chaotycznej listy zadań, w której wizja przeplata się z marzeniami, jakie chcemy zrealizować przed śmiercią.

Taki strach przed zbyt dużą ilością roboty jest bardzo dobrym motywatorem do tego, żeby przemyśleć porządnie projekt, pogadać z bardziej doświadczonymi osobami, zebrać maksymalną liczbę informacji i zaplanować to, co chcemy zrealizować.

STRACH PRZED TYM, ŻE TO WYMAGA PRACY

Gdy w grupie Pań Swojego Czasu zapytałam o to, jaki strach powstrzymuje kobiety przed działaniem, jedna z nich napisała coś, co chwyciło mnie za serce.

Pisała o tym, że gdy myśli o tym superzadaniu, do którego chce się wziąć, to wyobraża sobie, że od razu je zrealizuje i to będzie tak genialnie, że zgarnie za to Nobla. A wtedy nic, tylko przemowę zacząć pisać, w której podziękujemy mamie.
No i napisała jeszcze tak:

No, a potem się okazuje, że jednak Oscar i Nobel to nie taka łatwa sprawa i trzeba zapierdalać, zamiast szykować przemowy na galę.

Pojawia się zarówno strach przed tym, że sukces wymaga ogromnej ilości pracy, jak i przed tym, że wysiłek, który włożymy, nie zapewni nam takiego sukcesu, jaki sobie wymarzyłyśmy.

I teraz powiem Ci coś w sekrecie (czyli dowie się o tym raptem kilkadziesiąt tysięcy osób, które czytają mój blog); ja również wyobrażam sobie takie mowy. Serio!

„Ale siara i obciach! – możesz pomyśleć. – Mania wielkości!”, ale robię to od małego! I szczerze przyznaję Ci się do tego 🙂
Traktuje to jako jedną z moich zabawnych cech i mało znaczącą śmiesznostkę, ale naprawdę tak mam.
Jedno jednak nie wyklucza drugiego; fakt, że będę pod prysznicem wygłaszać „mowę” (choć jeszcze mi się nie zdarzyło), nie oznacza, że nie wiem, ile pracy wymaga ode mnie realizacja projektu.

Sam szczegółowy plan, który przygotowujemy, pokazuje mi, jak wymagający jest dany projekt i jakiej ilości pracy możemy się spodziewać. Ale gdy leżę wieczorem w łóżku, zastanawiam się, komu podziękuję, gdy już będę odbierać tego Nobla.

Jeśli chcesz się raz na zawsze rozprawić ze swoimi strachami, które każą Ci odkładać Twoje przedsięwzięcia, pomysły, plany i marzenia na później – polecam Ci mój kurs “Zrób to dziś, czyli jak nie odkładać na jutro”
kurs online Zrób to dziś - Strachy na lachy, które każą Ci odkładać na później