fot. Barbara Bogacka dla Miasta Kobiet

„There is a special place in hell for women who don’t help other women”

Ponoć tak mówiła Madelaine Albright.

Nie mogłabym zgodzić się bardziej, niż zgadzam się obecnie. Jeszcze nie wiem, jaki ma to związek z zarządzaniem czasem, ale jestem przekonana, że ma.

1,5 roku temu takie gadanie wkurzało mnie i denerwowało. Dlaczego? Bo nie miałam wokół siebie Kobiet, które pokazałyby mi, że można i które (co ważniejsze) osobiście i nie tylko dopingowałyby mnie do tego, że można.

1,5 roku temu miałam wokół siebie tylko i wyłącznie Kobiety, które w większości przypadków narzekały – na nudną pracę, która jest męcząca, frustrująca i – oczywiście – mało płatna. Na męża, który pracuje całymi dniami, po powrocie do domu nadal zajmując się pracą, ewentualnie grą komputerową. Na dom, który jest cały na ich głowie i powoli staje się nie do ogarnięcia.

Obecnie również mam wokół siebie takie osoby – niektóre są mi bliskie, niektóre są moją rodziną, ale znajdują się też nowe, w większości Kobiety (tak to już bowiem jest, gdy rozwija się biznes dla Kobiet).

Dlaczego uważam, że tak ważne jest, by Kobiety pomagały Kobietom? Ponieważ prowadzenie własnego biznesu, przedsięwzięcia czy też zwyczajne rozwijanie jakiegoś pomysłu to nie lada gratka. A jeśli dodatkowo jest to działalność oparta na pasji i skierowana do Kobiet, możesz być pewna, że natychmiast znajdzie się ktoś, kto poczuje się uprawomocniony do krytykowania tego, co robisz. Że nie podołasz. Że popłyniesz finansowo. Że wypalisz się. Że nie dasz rady połączyć firmy z prowadzeniem domu. Że co z dziećmi i kto je będzie teraz wychowywał. Mnóstwo, mnóstwo wątpliwości. Sama też będziesz je miała – to zupełnie normalne. Zdarzą się chwile ekscytacji, unoszące Cię aż pod sufit, gdy dostaniesz informacje od Klienta, że Twoje produkty lub usługi są nieziemskie i zmieniły jego życie, ale zdarzą się też chwile zwątpienia, gdy nie zarobisz tyle, by opłacić wszystkie rachunki, a wokół będziesz dostrzegać wyłącznie sukcesy innych.

W trudnych chwilach najłatwiej jest rzucić wszystko w cholerę i wrócić na dawne tory – do tego, co znasz, choć niekoniecznie lubisz. I właśnie w takich chwilach niezastąpione okażą się Kobiety, które zrozumieją Twoje rozterki, podniosą Cię na duchu i popchną we właściwym kierunku.

Ja mam kilka takich grup i każda z nich daje mi coś innego.

Zaczęło się od Latającej Szkoły, w której uczestniczyłam wiosną 2014 roku. Po raz pierwszy w życiu pracowałyśmy wtedy z grupą kilkunastu Kobiet nad naszymi pomysłami biznesowymi. Było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie.

Oczywiście, jako doświadczona trenerka, doskonale zdaję sobie sprawę z przebiegu procesu grupowego, który ma miejsce podczas takich spotkań, i z korzyści, które odnosi się w wyniku jego działania. Ale szkolenia, które wówczas prowadziłam (a były to szkolenia dla korporacji), miały na celu zawsze jedno – osiąganie przez pracowników lepszych wyników. Nawet jeśli mówiły o współpracy, zaufaniu itp., w rezultacie każdy pracował na siebie. W Latającej Szkole pracowałaś dla kogoś, bo ktoś pracował dla Ciebie. To tam poznałam koncepcję biznesu online. To tam poznałam pierwsze aspekty marketingu online. I to tam zapisałam się na Wakacyjny Krąg Wsparcia, na którym 80 Kobiet uczyło się, jak popchnąć do przodu swoje biznesy. Wiem, że z jednej strony może zabrzmieć, jakbyśmy były czarownicami, które siedzą, nucąc mantrę „Ommm”, z drugiej wręcz odwrotnie – jakbyśmy były kobietami biznesu, które trzymają się za ręce i krzyczą do zdarcia gardeł: „Damy radę!”. Mnie samą przerażały i nadal przerażają tego typu wizje. Wakacyjny Krąg (który wciąż istnieje i ma się dobrze) nie był niczym takim. To grupa Kobiet myślących o założeniu własnej działalności. To grupa Kobiet gotowa pomagać innym Kobietom z grupy bez gwarancji uzyskania pomocy dla siebie. Dajesz informację zwrotną, choć nie wiesz, czy na 100% uzyskasz taką dla siebie. Jednak te z nas, które to robiły (ostatecznie wyklarowało się około 30 najbardziej aktywnych Kobiet), na pewno na tym zyskały – praktycznie wszystkie prowadzimy własne biznesy. O reszcie słuch zaginął.

Mam swoje Winniczki, o których nawet powstał artykuł w Mieście Kobiet. Winniczki to 7 Kobiet (Kasia, Ania, Magda, Viola, Ania, Maria i ja). Każda z nas robi coś innego, ale każda rozwija swój biznes. Jesteśmy jak ślimaki, bo każda idzie swoim tempem, ale zawsze do przodu i zawsze z podniesionymi rogami. Winniczki spotykają się raz w tygodniu i zawsze osobiście (w Krakowie), co stanowi ewenement, ponieważ większość takich grup spotyka się online. Winniczki rozumieją, że dobry stan ducha i sprawnie działająca psychika są konieczne do prowadzenia biznesu, dlatego kochamy się wzajemnie. Naprawdę. Pomagamy sobie zarówno stricte biznesowo, rozkminiając nowe pomysły biznesowe i myśląc o produktach i usługach, ale także wspieramy się psychicznie, gdy dzieje nam się gorzej w życiu prywatnym, bo wychodzimy z założenia, że życie jest całością i trzeba się wspierać w tej całości, na ile tylko potrafimy.

Druga moja grupa wsparcia jest bardzo mała – oprócz niej w jej skład wchodzi tylko jedna osoba – Santi, która prowadzi przedsięwzięcie www.lovebysanti.pl.

Z Santi spotykamy się online raz w miesiącu. Ustaliłyśmy bardzo prostą formułę – każda z nas ma 30 minut na zadanie pytań drugiej osobie i odpowiedź, jak poszczególne kwestie wyglądają z jej punktu widzenia. Nie mamy stałych dat spotkań, lecz spotykamy się wtedy, gdy uzbieramy do siebie odpowiednią ilość pytań. To bardzo przydatne spotkania, zwłaszcza że w odniesieniu do części spraw posiadam z Santi taką samą perspektywę, a w wielu zupełnie odległą. To, co nas łączy, to fakt, że obie prowadzimy biznes online i bardzo nas kręci marketing online. Santi zna się lepiej na mediach społecznościowych, ja na newsletterach, więc współpraca jest korzystna dla nas obu.

Ostatnią i najświeższą jest moja grupa wsparcia online – najbardziej merytoryczna ze wszystkich, co niezwykle mnie cieszy. Posiada nawet swoją nazwę – Błękitny Mastermind – od strategii błękitnego oceanu i obejmuje osoby znacznie bardziej zaawansowane w marketingu online, niż ja (jak się uczyć, to tylko od najlepszych – Uli, Ariadny i Eweliny). Są to również osoby prowadzące taki biznes, jak ja – w 100% online, mające podobne do mnie dylematy i problemy. Każda z nas dzieli się doświadczeniem z pozostałymi, przedstawia sprawdzone przez siebie sposoby na sukces, ale także otwarcie mówi o tym, co nie udało się lub zakończyło porażką, dzięki czemu uczymy się i z miesiąca na miesiąc stajemy coraz lepsze.

Na koniec kilka uwag. Wiem, że część z Was chciałaby założyć podobną do opisanych grupę, albo przyłączyć się do już istniejącej. Ponieważ należałam do wielu grup (niektóre z nich rozpadły się, z niektórych wypisałam się sama), pozwolę sobie przedstawić Ci sposoby, które umożliwią sprawdzenie, czy grupa, do której chcesz należeć, jest właśnie tą, w której możesz działać i odnosić sukcesy:

  • Po pierwsze byłoby dobrze, żebyście lubiły się wzajemnie. Według mnie to obowiązkowe. Tak, jak pisałam wcześniej – grupa nie ma na celu tylko i wyłącznie pomóc ci merytorycznie w biznesie, ale także wesprzeć Cię, gdy będziesz miała doła. Osoba, która Cię nie lubi lub której Ty nie lubisz – nie zrobi tego właściwie.
  • Po drugie nie oczekuj, że pierwsza grupa lub pierwszy jej skład będą tym idealnym i jedynym raz na zawsze. Bez względu na to, czy działacie online, czy w realu – musicie poznać się i dotrzeć. Żadna z grup, w których jestem, nie powstała w 100% w takiej formie, w jakiej jest obecnie (poza moją dwuosobową grupą z Santi). Winniczki dopiero od pół roku pracują w strukturze, która została przez nas uznana za ostateczną (nikogo już nie dołączamy do grupy, ponieważ praca większej liczby osób byłaby nieefektywna).
  • Nie musicie zgadzać się co do rodzaju swoich biznesów i wszystkie uważać, że biznes każdej z Was jest cudownym rozwiązaniem na milion dolarów w kieszeni. Wręcz przeciwnie – czasem właśnie fakt, że ktoś nie zgadza się i powie: „Według mnie to nie wypali”, jest cennym głosem rozsądku w grupie, który powoduje, że dwa razy zastanawiamy się nad swoją ofertę i staramy znaleźć sposób, by sprawdzić, czy to, co robimy, na sens, czy też nie!
  • Mierz wysoko. W grupie wszyscy mają sobie pomagać. Zawsze jest tak, że Ty wiesz coś, czego nie wie nikt, lub możesz w późniejszym czasie potrzebować pomocy i wiedzy, których dostarczy Ci ktoś inny. Taki jest sens istnienia grupy. Jeśli jednak jesteś jedyną osobą, która odpowiada na pytania i przekazuje wiedzę, nie dostając jej w zamian, przykro mi to stwierdzić, ale grupa nie jest dla Ciebie. To Ty stanowisz wsparcie i oczywiście świadomość może okazać się dla Ciebie satysfakcjonująca, ale Twojego biznesu raczej do przodu nie popchnie.
  • Liczba osób. Mniej istotny, ale czasem ważny aspekt istnienia grupy. Jak przeczytałaś powyżej – najmniejsza z moich grup liczy dwie osoby (łącznie ze mną). I to jest ok, bo taka była umowa, a poza tym łatwo ustalić termin spotkania. Musisz zastanowić się, jaka wielkość grupy jest optymalna do tego, by każda z Was miała czas dla siebie, mogąc zadać pytanie i rozwiązać swój problem; żeby mogła po prostu zaistnieć, ale też do tego, że różne wypadki chodzą po ludziach i jeśli grupa ma działać na przykład na zasadzie burzy mózgów, warto, by tych mózgów zebrało się kilka.
  • Odpowiedzialne uczestnictwo. Były grupy, które rozpadły się, ponieważ uczestniczki chciały korzystać z nich tylko wtedy, gdy miały problem do rozwiązania, nie przychodząc na spotkania w przypadku brak problematycznych kwestii. Co to oznacza? Że tylko brały, nic w zamian nie dając, tymczasem idea tego typu grup polega na tym, że zjawiamy się na spotkania nawet wówczas, gdy nie mamy swoich pytań czy dylematów do przedstawienia, ale jesteśmy, by pomóc innym. W jednej z grup zdarzył się nawet niechlubny przypadek oficjalnego usunięcia dziewczyny, która zachowywała się w opisany wyżej sposób.
  • Forma spotkań. Formy mogą być bardzo różne, czego najlepszym przykładem są właśnie moje grupy – każda z nich działa na innej zasadzie:
  • Santi i ja spotykamy się raz w miesiącu na godzinę. Każda z nas przychodzi z listą pytań, które spisuje przez ubiegły okres. Jesteśmy po to, by na nie odpowiedzieć. Technicznie dzielimy się czasem po połowie, choć w praktyce wygląda tak, że więcej czasu ma dla siebie ta, która aktualnie czuje większe zapotrzebowanie.
  • Winniczki mają określony czas spotkań (raz w tygodniu, około 3 godzin). Jak widzisz – „około”, głównie dlatego, że spotykamy się osobiście i wszystkie bardzo się lubimy. Znamy swoje życie prywatne i zawodowe. Dowiadujemy się, co u każdej słychać. Ściskamy się na powitanie i pożegnanie. A to zajmuje czas. I mamy jedną zasadę – podczas spotkania każda ma przestrzeń dla siebie – nieograniczoną czasowo. Próbowałyśmy narzucać sobie limit minut na poszczególne wypowiedzi, ale okazało się to mało efektywne. Teraz dbamy o jedno – czas dla jednej z nas oznacza czas tylko dla niej, nie wrzucamy więc swoich wątków i pilnujemy, by nie zbaczać z tematu.
  • Błękitny Mastermind składa się z 4 uczestniczek i opiera na jeszcze innym systemie działania. Co tydzień każda z nas przez 5 minut przedstawia to, co wydarzyło się u niej w poprzednim tygodniu, a następnie przez 30 minut trwa burza mózgów na wybrany przez jedną z nas temat, dotyczący jej biznesu. Burze mózgów prowadzone są rotacyjnie dla każdej z nas (to oznacza, że każda ma swoją burzę co 4 tygodnie). Spotkanie zamykamy 5-minutowym planowaniem rzeczy, które zamierzamy wykonać w przyszłym tygodniu.

I na koniec pamiętaj, że taka grupa to odpowiedzialność i zobowiązanie. W takich grupach nie ma miejsca na letniość typu „będę lub nie”, „pomogę lub nie”. W takich grupach albo jesteś na 100% albo lepiej się z nich wypisz (lub w ogóle do niej nie dołączaj), bo inaczej to będzie strata czasu i dla Ciebie i dla grupy. No i wiedziałam, że jakoś połączę to z czasem 🙂

Ola (Pani Swojego Czasu)

Ja